napisane przez: Lau.
dnia, o godzinie: wtorek, 29 lipica 2008 , 18:55:42
rozdziały: |
prolog. | |
jeden. | |
dwa.
| |
dwa i pół. |
tytul:Dwa i pół.
Edit:29.08.2008
Kochani,
niestety, ale jak narazie zawieszam działalność na mylogu,
i ogółem działalność Potterowską.
Zafascynował mnie świat 'Naruto', dlatego też pełną parą zabrałam się za tworzenie czegoś nowego w mojej główce,
i tak powstał blog destiny-of-shinobi na blog. onecie. ;)
Notki jeszcze nie ma, ale przygotowania ruszają pełną parą.
A tu wrócę, obiecuję, jak tylko mylog przestanie 'skakać' , a moja potterowska-wena powróci.
Pozdrawiam i zapraszam na 'shinobi' ;)
Lau
-------------
Wiem, zajęło mi to trochę więcej aniżeli półtorej tygodnia! Ale są wakacje!
W poszukiwaniu odpowiedzi, część druga
Brooke uniosła wzrok znad pierwszego tomu i wyszczerzyła się do brata.
-To masz niemały problem, braciszku, bo z tego co podejrzewam ten dom jest robotą MUGOLI, więc…
-Oh, siedź już cicho.- warknął Barty siadając obok niej i od niechcenia kartkując tom drugi.- Brooklyn.- dodał z łobuzerskim uśmieszkiem na twarzy.
Dziewczyna przygryzła wargę i nieco pobladła. Już kiedyś spotkała się z taką reakcją.
Stara Tiara Przydziału odśpiewała swoją pieśń, nie omieszkając wspomnieć o zagrożeniach świata zewnętrznego czyhających na uczniów po opuszczeniu murów szkolnych (miało to związek z jakimś czarnoksiężnikiem o bardzo dziwnym imieniu, jednak niewielu uczniów wzięło jej słowa na poważnie) i konieczności zjednoczenia się wszystkich czterech domów. Mała Brooke stojąca w zwartej grupie, pośród swoich rówieśników, prędko stwierdziła, że to, co proponuje im Tiara jest głupie i niewykonalne. Zjednoczenie się z głośnym rozczochrańcem i jego przygłupim, pewnym siebie kolegą, którzy o mało co nie wywrócili ich łódeczki, było po prostu niemożliwe, irracjonalne i sprzeczne z ogólnie przyjętymi normami. Na pewno nie trafią do jednego domu, to fizycznie niemożliwe.
-Black, Syriusz.
Brooke usunęła się nieznaczne na bok wiedząc, że stojący kilka osób za nią chłopak będzie przeciskał się tak, by wyjść z tłumu tuż obok niej. Nie myliła się. Na wszelki wypadek, gdyby ewentualnie przeoczyła jego obecność, Syriusz szturchnął brunetkę łokciem w żebro. Brooke syknęła cicho. Z pewnością nie było szans na przyjaźń między tą dwójką.
Zanim nie spotkała nierozłącznego teamu Black- Potter, z domieszką Lupina i od czasu do czasu przylepą- Pettigrew, była pewna, że odnalazłaby się w każdym domu, nawet jeśli stara Tiara przydzieliłaby ją do tak nisko cenionego Hufflepuffu, jednak wyżej wymienieni panowie, a zwłaszcza ‘napuszony duet’, jak z radością zdążyła ich nazwać, wyprowadzili ją z błędu. Gdziekolwiek nie trafiliby ona nie znajdzie tam dla siebie miejsca.
Profesor McGonagall, kobieta o dość srogim spojrzeniu, omiatająca nim całą salę, nałożyła Tiarę brunetowi na głowę, która od razu opadła mu na oczy zasłaniając widoczność. Nie minęła jednak chwila, a Stary Kapelusz rozdziawił ‘usta’ i w Wielkiej Sali można było usłyszeć donośny, jak gdyby doprawiony zaklęciem Sonorus krzyk ‘GRYFFINDOR’.
Syriusz Black, dumny z decyzji Tiary, ruszył ku stołowi lwa, którego zaskoczeni uczniowie z dość spóźnioną reakcją zaczęli oklaskiwać ich nowy nabytek. Jedynego Blacka, który nie trafił do Slytherinu. Brooke Crouch skrzywiła się. Dla niej pozostały tylko trzy domy, Gryffindor z całą pewnością nie jest jej pisany.
-Colett, Ashley.
Z tłumu pierwszoroczniaków wstąpiła niższa od większości kolegów z roku o pół głowy szatynka, z pozoru nie rzucająca się w oczy. Brooke jednak dostrzegła w niej małą bohaterkę i kogoś kto uratował im w pociągu… pośladki.
Kiedy jakiś dowcipny trzecioklasista, był puchonem, Brooke widziała kiedy jego opiekunka, profesor Sprout, wraz z woźnym, którego godności nie zapamiętała, wymierzali mu jakąś karę kiedy już dotarli do zamku, zamknął przedział zajmowany przez same koty (Colett-Crouch-Nott-Rollins-Seidler) skomplikowanym zaklęciem, które uniemożliwiło im wyjście, Ash wykonała parę zgrabnych ruchów różdżką i wypowiedziała formułkę brzmiącą podobnie do ‘Aria jest chora’ uwalniając ich. Brooke przysięgła, że przy najbliższej okazji spyta koleżankę o to zaklęcie.
Ashley miała na głowie Tiarę jeszcze krócej aniżeli Black Syriusz. Trafiła do domu Roweny Ravenclaw.
-Crouch, Brooklyn.
Dziewczynka zamarła. Przed oczyma zobaczyła już kpiące uśmieszki ‘kolegów’ z roku. I owszem, kiedy odwróciła się dostrzegła TEN wyraz twarzy u Pottera, a mogła się założyć, że gdyby spojrzała na stół Gryffindoru Black uśmiechałby się w ten sam sposób.
Podeszła do stołka, jednak zanim usiadła postanowiła wszystkim coś wyjaśnić.
-Mam na imię Brooke. B-R-O-O-K-E- przeliterowała głośno.- To pomyłka, pani profesor.
-Najwyraźniej.- odrzekła nauczycielka odnotowując w pamięci córkę Blaeberry i Barty’ego, którzy nie mięli talentu do dobierania imion.
-Brooke?
-Bartemiuszu Crouch, Juniorze.- warknęła wracając do rzeczywistości i spoglądając na siedzącego obok brata.- Fakt, że matka miała kaprys, by rozwinąć TO imię, nie oznacza, że przeznaczone jest do użytku ogólnego, więc z łaski swojej, daruj sobie nazywanie mnie w TAKI sposób.
-A Brooklyn Blaeberry?- spytał blondyn nieco odsuwając się od siostry. Dziewczyna ze świstem wypuściła powietrze, a gdyby spojrzenie mogło zabijać to Barty Crouch Junior leżałby martwy pod stołem, albo ewentualnie na krześle.
Atmosfera stała się nieco bardziej napięta. Rodzeństwo, na co dzień tak wzorowe kłóciło się o błahostkę. O imię.
Brooke wstała, z niemałą trudnością zebrała wszystkie roczniki i nie odzywając się słowem wyszła z salonu. Barty jeszcze długą chwilę spoglądał na schody na których zniknęła jego siostra, zanim krzyknął:
-Oh, daj spokój! To były tylko żarty!
Młoda panna Crouch zaniosła roczniki do swojego pokoju, nie mając jednak jawnej ochoty na ich przeglądanie. Postanowiła jednak wykorzystać jakoś te lipcowe popołudnie. Przez dłuższą chwilę zmagała się z myślą o powrocie do wioski, jednak szybko wyrzuciła ten pomysł z głowy, jeszcze prędzej odrzuciła chęć wizyty w sypialni matki, tak dawno nie rozmawiały. Ostatecznie uznała, że mogłaby nareszcie wybrać się na strych, by przejrzeć pozostałości po tak tajemniczych właścicielach, mimo, że wcześniej powstrzymywała ją myśl o grzebaniu w rzeczach osób nieznanych. Jak się spodziewała, na strychu znalazła stertę rupieci przyozdobionych parocentymetrową warstwą kurzu. Zapomniała poprosić ekipę z Pokątnej o pozbycie się brudu.
Westchnęła cicho i żałując, że ma dopiero lat szesnaście, i aż CAŁY rok dzieli ją od bezkarnego posługiwania się różdżką poza wyznaczonym terenem (szkołą) wycofała się z pomieszczenia i usiadła na schodach.
-Mrużko- mruknęła spoglądając w dół.- Mrużko, wzywam cię.
Przed brunetką, z cichym pyknięciem, zmaterializowała się nieco zmarniała, choć zadbana skrzatka. Do małej i brzydkiej główki Mrużki dopiero po chwili dotarło, że znajduję się bardzo wysoko. Z przerażeniem złapała się barierki.
-Panienka wzywała, panienko Crouch?- spytała kłaniając się nisko, jednak nie puszczając ramy schodów.
-Oczywiście- odrzekła Brooke z litością spoglądając na skrzatkę.- Mrużko, masz pozbyć się kurzu ze strychu, ale tak by żadna z rzeczy znajdujących się w środku nie została zniszczona, rozumiesz?
-Tak, panienko Crouch, Mrużka rozumie. A jeśli Mrużka coś zniszczy, to się ukarze, panienko- odparła skrzatka mocniej zaciskając długie palce na barierce. Brooke kiwnęła głową i przepuściła Mrużkę na strych.
-Jeśli Mrużka coś zepsuje, będzie musiała stać tutaj, przez długi czas, nie mogąc niczego się złapać. Ale wolałabym, żeby nic nie zostało zniszczone.- mruknęła na odchodne, po czym jeszcze raz odwróciła się do sługi.- Możesz wezwać do pomocy Pucybuta, on lubi sprzątać.
Skrzatka twierdząco kiwnęła głową, po czym ochoczo wzięła się do roboty. Była to jedna z niewielu spraw o których mogła decydować sama. Ale nie, nie wezwie Pucybuta, woli sama to zrobić, on przecież bywa taki niezgrabny, czasem gorszy od samego Niezdarka, tak jak wtedy, kiedy rozbił wazon pani Blaeberry.
Mimo późno-popołudniowej godziny, osiemnastej pięćdziesiąt dwie, słońce grzało tak jakby wciąż była dwunasta, dlatego chociaż jedynym widokiem z ogrodu była panorama Greate Topsham, Barty postanowił przemóc się i spędzić czas przed domem.
Rozłożył się na starym leżaku ojca, a tuż obok, na drewnianym stołku, rozstawił szkolne podręczniki. Nadszedł czas na odrobienie choć części prac domowych, a fakt, że robił to w słonecznym ogrodzie łączył przyjemne z pożytecznym.
Chwycił podręcznik od eliksirów, chcąc napisać coś na temat związku eliksiru rozdymającego i wywaru dekompresyjnego z zaklęciami o podobnym działaniu, które zadał im, jako wakacyjną powtórkę profesor Slughorn.
Oczywiście najrozsądniej byłoby wychwalać mikstury, a zaklęcia zepchnąć na dalszy plan, jednak jego zdaniem bardziej praktyczne było wymachiwanie różdżką aniżeli ważenie jakiś wywarów. Nie zważając na reakcję profesora, gdy przeczyta jedyne kontrowersyjne wypracowanie, zanurzył pióro w atramencie i zaczął tworzyć kolejne zdania na pergaminie.
Po półtorej godziny zapisał już prawie dwie rolki. Nigdy nie miał problemów z rozprawkami.
Spojrzał na resztę książek ze stolika. Nie wyglądało to dobrze, miał przed sobą jeszcze tyle pracy, a sierpień planował spędzić w domu przy Grimmauld Place numer dwanaście, gdzie byłby rozpieszczany przez Walburgię Black, tak jak jej młodszy syn, a jego przyjaciel Regulus. Pani domu wprost uwielbiała najmłodszego z Crouchów, którego poglądy były równe poglądom jej synka. Niestety w odróżnieniu do Regulusa, Barty musiał zupełnie kryć swój zachwyt czarnoksiężnikiem nazywającym siebie Lordem Voldemortem i chęci do wstąpienia w szeregi jego popleczników. Jedyne osoby znające poglądy blondyna znajdowały się w domu Blacków i Lestrangów, gdzie nikt głośno nie wspominał o tym, ze względów bezpieczeństwa.
Postawił ostatnią kropkę i zarzekając się, że później sprawdzi rozprawkę i wykluczy ewentualne błędy, bądź poprosi o to siostrę, wstał i zabierając ze sobą podręczniki, wrócił do salonu, by ponownie ‘skakać’ po mugolskich kanałach i przygłupich serialach.
-A ponoć nie tykasz mugolskiego.- ociekający kpiną głos siostry dochodził z przejścia między salonem, a kuchnią. Uśmiechała się jadowicie spod futryny.
Barty wyszczerzył się do niej.
-Czasem musimy. A teraz, Mrużko..
-Mrużka jest zajęta. Robi COŚ dla MNIE.- przerwała mu Brooke splatając ręce na wysokości klatki piersiowej. Wiedziała, że jeśli chodzi o przeszukiwanie strychu, dzisiaj za wiele nie wskóra, jednak ważne było by Mrużka pozbyła się tego całego brudu.
-Skoro tak to sam się obsłużę.- stwierdził Barty wstając. Minął siostrę i z szafki nad nim wyjął dwie szklanki, a ze stołu podniósł dzbanek z wodą. Nalał dla niego i Brooke, starając się być miłym dla brunetki.
-Dzięki.
-A tak swoją drogą ojciec musi zaopatrzyć nas w kolejne skrzaty.- stwierdził Barty opierając się o kuchenny blat.
-Jeszcze? Mrużka, Niezdarek i Pucybut ci nie starczają?- spytała Brooke unosząc brwi. Nagła zmiana tematu trochę ją zaskoczyła, jednak dłużej o tym nie myśląc wypiła łyk wody.
-Niezdarek cały czas gotuje, a Pucybut zajmuje się sprzątaniem. Tylko Mrużka jest na każde nasze zawołanie, choć…- zamyślił się na chwilę.- nie na każde. Dlatego potrzebujemy jeszcze kogoś.
Brooke udając zrozumienie pokiwała głową.
-To go poproś.
-Miałem nadzieję, że ty to zrobisz.- bąknął cicho, spoglądając na siostrę, która od razu roześmiała się i odłożyła szklankę na stół.
-Żartujesz?
-Nie, dlaczego? Przecież TY namówisz go na pewno. Mnie nie będzie słuchał. Siostrzyczko…
Prośby Barty’ego przerwało jednak ciche postukiwanie w szybę. Rodzeństwo, jak na komendę, zwróciło głowy w tamtą stronę i z ulgą odetchnęło, że nie jest to jedna ze szkolnych płomykówek przynoszących wyniki egzaminów klas trzecich i SUMów.
Barty jako pierwszy rzucił się do okna z nadzieją, że jest to wiadomość od jednego z jego szkolnych kolegów. Zawiódł się jednak, gdyż sówka z gracją wylądowała przed Brooke i wyciągnęła nóżkę z przypiętą wiadomością. Brunetka prędko zdjęła zwinięty pergamin i z braku jakiegokolwiek poczęstunku dla sowy (wszystko miała w swoim pokoju, w końcu czymś musiała przekupywać Kyane) podsunęła jej szklankę z wodą. Sówka huknęła tylko donośnie i obrażona, czy też nie, wyleciała przez wciąż otwarte okno.
Brooke rozwinęła pergamin. Dostrzegając znajomy charakter pisma zaniepokoiła się, jednak nie powstrzymało jej to przed przeczytaniem treści.
Brooke
mam zamiar odwiedzić Blaeberry drugiego sierpnia,
a ponieważ z powodu jej choroby…
Brooke skrzywiła się. Po raz drugi przeczytała tę samą linijkę.
a ponieważ z powodu jej choroby to TY pełnisz rolę
najstarszego członka rodziny (przecież Barty’ego Seniora
rzadko widać w domu), informuję właśnie Ciebie.
Mam nadzieję, że nie sprawię kłopotów.
Całuję, Anabella
Ps. Prawdopodobnie przybędę sama.
Dziewczyna spoglądała na list nie wiedząc co powiedzieć.
Prawdopodobnie przybędę sama oznaczało prawie tyle, co
Nie wiem, czy uda mi się z kimś zostawić dziecko, bo w domu sam nie zostanie, gdyż grozi to katastrofą. Wypuściła ze świstem powietrze i podała pergamin bratu.
-Przygotujmy się na wizytę Potterów.- rzekła zażenowana, nie dostrzegając zadowolonego uśmiechu młodego Croucha.
komentarze [14]
napisane przez: Lau.
dnia, o godzinie: czwartek, 3 lipica 2008 , 16:38:32
rozdziały: |
prolog. | |
jeden. | |
dwa.
| |
dwa i pół. |
tytul:Dwa.
Jeśli chcesz być powiadamiana/y o newsach to wpisz się do księgi.
Innych 'zgłoszeń' przyjmować nie będę
ale jestem stanowcza, nie? :D
Witajcie.
Jak widzicie jest to pierwsza część drugiego rozdziału,
dlatego na kolejny poczekacie góra półtora tygodnia,
aż postanowię dopracować część drugą.
Co mogę powiedzieć? Czytajcie.
No i nie zabijajcie mnie za wygląd biednej Sam,
tak jakoś wyszło. ^^
W poszukiwaniu odpowiedzi
Następnego dnia, po ponad miesięcznej ulewie, chmury opuściły swe dotychczasowe lokum, by ustąpić miejsca dość długo oczekiwanemu słońcu. Nikt nie spodziewał się poprawy pogody, ta jednak wszystkich zaskoczyła.
Garstka mieszkańców Greate Topsham, pozostałych w domach, prędko przywróciła miasteczko do życia, wychodząc na ulicę i zachęcając do wspólnych rozmów, czy zabaw na terenie parku, by choć jeden dzień wyglądało tak jak powinno- będące pełnym ciepła i potulnym dla miejscowych, czy przejezdnych.
Piękna pogoda pokrzyżowała plany przeszukiwania piwnicy przez Brooke, jednak spożytkowała ten czas równie dobrze spacerując chodnikami miasteczka, które mimo, że nie odznaczało się niczym szczególnym, na tle innych podobnych mieścin otrzymywało opinię miejsca urokliwego i wyjątkowego. Dlatego wizja spędzania czasu poza Wzgórzem tak bardzo nie przeraziła młodej panny Crouch.
Nowy mieszkaniec wzbudził spore zainteresowanie wśród tubylców, dlatego spacer nie należał do zbyt spokojnych.
Brooke została wręcz obsypana milionem pytań dość śmiałych, miejscowych dzieci, staruszek-plotkar, zazwyczaj śledzących poczynania mieszkańców zza okien swoich zabytkowych domów przy pomocy średniowiecznych lornetek, o dziwo starszych od nich samych, ciekawskiej młodzieży oraz kilku dorosłych. Jeżeli ktoś nie chciał podejść bliżej obrzucał ją jednym ze standardowych spojrzeń mówiących mniej więcej tyle co ‘wariatka’.
-Dom na Wzgórzu nie miał zbyt wielu chętnych kupców, he?- zagadnęła Brooke jakaś dziwaczna staruszka w połatanym, rozciągniętym swetrze i równie odrzucających spodniach obsypanych pokarmem dla gołębi, kiedy młoda Crouch weszła do parku.
-A niby skąd mi to wiedzieć?- spytała Brooke spoglądając na bose stopy kobiety i gołębie kłębiące się wokół nich.
‘Pycha’, pomyślała z obrzydzeniem.
Staruszka uśmiechnęła się ukazując swe ubytki w jamie ustnej i poklepała miejsce na ławce tuż obok niej.
-Usiądź, nabywco Domu na Wzgórzu, czeka nas ciekawa rozmowa.- oznajmiła skrzeczącym głosem w którym dało się wyczuć zachęcający ton. Brooke wzdrygnęła się na samą myśl o siedzeniu koło tej dziwacznej kobiety. Krótka wymiana zdań w zupełności jej wystarczyła. Zaczęła nerwowo tupać stopą o błotniste podłoże, przy okazji brudząc swoje czarne lakierki.
-Nie wątpię.- szepnęła krzywiąc się, po czym stwierdziła, już głośniej.- Przykro mi, spieszę się.
-Skądże znowu, masz sporo czasu. Zresztą sądzę, że historia, którą ci opowiem zainteresuje cię, i to bardzo.
Staruszka uznała to za przekonywujący argument, jednak Brooke nie miała jawnej ochoty słuchać bredni jakiejś nawiedzonej kobiety. Już dostatecznie nasłuchała się na wróżbiarstwie, gdzie wielbiona przez wszystkich, profesor Joyce, nie dawała im odetchnąć wciąż starając się wprowadzić klimat grozy przepowiadając śmierć to jednej to drugiej osoby. Na nieszczęście, bo wróżbiarstwo dotychczas mięli wspólnie z gryfonami, nikt jeszcze nie zginął.
-Niestety nie mam czasu, ale może zagadnie pani kogoś innego.- burknęła Brooke wskazując na spacerowiczów kręcących się niedaleko, starając się strącić uwagę staruszki z jej osoby. Kobieta jednak nie chciała dać za wygraną. Najwyraźniej należała do ludzi przygłuchych, bądź ewentualnie zupełnie pozbawionych rozumu, które to zamiast słowa ‘nie’ słyszą ‘tak’. Ostatecznie można ją było zaliczyć do osób cholernie upierdliwych.
-Moja droga…
-Wie pani, przepraszam, ale naprawdę, idę.- przerwała jej Brooke, starając się jak najmilej pożegnać kobietę i ruszyła dalej, przed siebie. Miała dość wrażeń jak na jeden dzień, z dwojga złego wolała już babulki-plotkary obrzucające ją wiązanką uszczypliwych epitetów, aniżeli sfiksowaną staruszkę twierdzącą, że ktoś, kto zobaczy jej strój i, o wielki Merlinie, bose stopy upaćkane błotem zmieszanych z gołębią karmą, zechce z nią rozmawiać. Co prawda miało się to nijak do nauki w Hogwarcie, czy też ogółem do magicznego świata, jednak było męczące.
Spacerowanie znudziło się jej w momencie, gdy przez przypadek usłyszała rozmowę jakiejś przesłodzenie uroczej pary, co drugie słowo przypominającej partnerowi o swojej dozgonnej miłości. Jak gdyby nie słysząc tego co minutę byli skłonni o tym zapomnieć.
Czytając pomiędzy wierszami, pomijając ‘kocham się’ i odgłosy przysysania się do ukochanego, Brooke dowiedziała się o starych rocznikach zawierających informacje o niemalże każdym zakątku Greate Topsham gromadzonych w miejscowej bibliotece. Czyli, jak radośnie stwierdziła, również o Domu na Wzgórzu.
Nie zastanawiając się, czego później żałowała, ze względu na brak pomocy przy dźwiganiu rzeczy ciężkich, popędziła do budynku naprzeciw ratusza- Biblioteki Centralnej Greate Topsham. Skoro miała przeszukiwać rzeczy byłych mieszkańców domu, powinna wiedzieć kim byli, i dlaczego wyjechali pozostawiając po sobie wszelki dobytek, czy co tam się z nimi stało.
Biblioteka znajdowała się w pięknym, białym budynku pochodzącym gdzieś z osiemnastego wieku. Co prawda kolumny zostały przyozdobione podpisami miejscowych wandali, z którymi usilnie, choć nieskutecznie, starano się walczyć, jednak sama konstrukcja budynku robiła wrażenie.
Brooke uśmiechnęła się na myśl o zbiorach owego miejsca, które musiały być spore, zważając na czasy powstania budynku.
Wnętrze biblioteki wprost przerażało ludzi szukających krótkiej, lekkiej lektury do poczytania ‘w poduszkę’. Półki z niekończącymi się tomami wszelkich dzieł literackich stworzonych przez człowieka ciągnęły się wzdłuż ogromnej sali, jedna przy drugiej. Na dodatek wznosiły się aż do sufitu, dlatego przy każdym regale stała drewniana, ponoć stabilna, drabina zapobiegająca podskakiwaniu w celu zdobycia wybranego tytułu.
‘Nawet lewitując trudno byłoby sięgnąć szczytu’- pomyślała Brooke nie wiedząc, czy to oby pozytywne czy negatywne stwierdzenie.
Zdezorientowana dziewczyna rozejrzała się wokoło, czując ulgę, gdy dostrzegła pryszczatą bibliotekarkę usilnie starającą się ukryć swoje krosty pod sporą ilością pudru.
-Witaj. Chciałabym przejrzeć miejscowe roczniki. Mogłabyś mi je pokazać?- spytała Brooke krzywo się uśmiechając. Z reguły nie lubiła mugoli, uważała ich za rasę niższą, aniżeli jej, jednak były to głownie poglądy szkolne, jej arcyślizgońskich przyjaciół, wychowanych na kasie swoich staruszków.
W głębi duszy cieszyła się, że nie ma z nią rodzeństwa Carrowów, którzy najchętniej wymordowaliby całą populację Greate Topsham, czy też młodego Notta, który zabiłby jeszcze ją, za to, że wdaje się w dyskusje z ‘parszywymi mugolami’ i wybrała dom w miasteczku, gdzie wszelkie ślady magii zanikły wraz z pojawieniem się pierwszego mugola.
W domu Crouchów nie uczono nienawiści do mugoli, dlatego Brooke czasem odczuwała do nich nutkę sympatii, co było dość dziwnym zjawiskiem, zważając na przydział do Slytherinu. Co innego Barty. Chłopak idealnie wdał się w klimat małych wężyków i wpadł w sidła zwane ‘zupełnym ześlizgonieniem się’. W końcu przyjaźnił się z Blackiem i Lestrangem.
-Jasne.- odrzekła nieśmiało ruda bibliotekarka zaczesując nerwowo włosy za uszy.- Chodź za mną.
Dziewczyna nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat, dlatego Brooke tak bardzo ją onieśmielała. Ona, pracująca w wakacje jako pomocnica bibliotekarki, nie mająca wystarczająco dużo pieniędzy na jakieś dobre kosmetyki eliminujące trądzik, czy markowe ciuchy, na dodatek nienawidząca swoich rudych kłaków, stanęła naprzeciw dorodnej brunetki, co prawda nie do końca naturalnej, jednak umiejętnie ukrywającej swoje ubytki w urodzie, dość bogatej, by ubierać się w eleganckich, markowych sklepach, bądź kupić Dom na Wzgórzu. Brooke Crouch przytłaczała tą biedną mugolkę, która w milczeniu doprowadziła ją do regału z rocznikami.
-To jest dość przerażające.- mruknęła Crouch, po czym zwróciła się do speszonej bibliotekarki, poprawiając kant swojej spódnicy.- Słuchaj…
-Samantha.
-Brooke.
Dziewczyny podały sobie ręce. Było to dość niespodziewane zjawisko, wręcz niedopuszczalne w kręgach w których obracała się panna Crouch, jednak skoro nikt nie patrzył, mogła okazać odrobinę sympatii.
-Więc Samantho, mogłabyś pomóc mi znaleźć wszystko o Domu na Wzgórzu. Od jego powstania do czasu, kiedy opuścili go ostatni właściciele?
Sam podrapała się po głowie.
-Sporo tego nie będzie.- oznajmiła podchodząc do regału i przejeżdżając palcem po zakurzonych rocznikach.- Dom powstał osiemdziesiąt lat temu, w 1896 roku, a ostatni, zarazem pierwsi mieszkańcy, rodzina Hammond, opuścili dom pięć lat później. Wtedy urywają się jakiekolwiek informację o użytkowaniu Wzgórza, prócz roku 1945, ale nie będę opowiadać. Wszystko wyczytasz, choć za wiele nie znajdziesz.
Sam szybko uwinęła się z odszukaniem sześciu tomów roczników i położyła je koło Brooke.
-Mogę je zabrać na Wzgórze?
-Jasne.- odrzekła ruda uśmiechając się do dziewczyny.- Tylko założę ci kartę, no i dobrze byłoby gdybyś zwróciła roczniki przed upływem wakacji.- dodała pewniejszym tonem.
Towarzystwo Brooke przestało ją już w pewnym stopniu onieśmielać. Na pewno nie chciałaby towarzyszyć jej idąc przez miasteczko, byłaby zbyt przytłoczona faktem, że każdy przygląda się jej towarzyszce. I to niekoniecznie przez jej wygląd zewnętrzny, a miejsce zamieszkania. Ale sympatia, którą jej okazała dodawała jej pewności siebie.
-Jasne. Mam podać dane, tak?
Mieszkanie w mugolskim miasteczku znudziło go już pierwszego dnia, bo co miał robić sam ze sobą? Matka jak zwykle leżała u siebie, ojciec był w pracy, a Brooke wyszła parę godzin wcześniej, przejść się po tym ‘cholernym i splamionym’ Greate Topsham, i najwyraźniej nie planowała szybkiego powrotu.
Barty nie potrafił zrozumieć jak ślizgonka może akceptować mugoli, nawet jeśli okazuje to jedynie poza szkołą. Przecież to hańbiło dom Wielkiego Salazara.
Czasem miał ochotę nazwać siostrę hipokrytką, jednak nie robił tego ze względu na rodzinne więzi, miłość i takie tam.
W telewizji nie było nic ciekawego, tylko nudne, mugolskie wiadomości. Ale ile razy można słuchać o kolejnym morderstwie z użyciem broni palnej, czymkolwiek ona była.
Miał nadzieję na szybki powrót siostry, ale ta nadal nie wracała.
‘Co ona tam robi? Czyżby znalazła sobie mugolskich przyjaciół?!’- spytał sam siebie, po czym odrzucił tą myśl. Kto jak kto, ale Brooke tak nisko by nie upadła. Taką chociaż miał nadzieję.
Przekręcił się na fotelu, tak że zwisał głową w dół. Ziewnął.
-Mrużko.- Barty posunął się do ostateczności wołając swojego domowego skrzata.- MRUŻKO!
-Idę, idę, paniczu Crouch!
Barty z satysfakcją nasłuchiwał tupania rodzinnej skrzatki, zbiegającej ze schodów, co jakiś czas przerywanego przez głośne wciągnięcie powietrza.
Mrużka po chwili pojawiła się w drzwiach. Wyglądała coraz mizerniej, praca przy pani Blaeberry wyraźnie ją wykańczała. Jej nietoperze uszy nieco oklapły, a wyraz twarzy stał się bardziej żałosny niż zwykle. Jedynie jej wielkie, brązowe oczy nie straciły blasku [
‘i tego wiecznego wytrzeszczu’ pomyślał Barty tłumiąc w sobie chichot.].
-Czego życzy sobie panicz Barty, sir?- spytała niezmiernie skrzekliwym głosem kłaniając się tak nisko, że omiotła podłogę uszami.
-Chciałbym abyś znalazła Brooke.- oznajmił niewzruszonym tonem, wciąż zwisając głową w dół, choć powoli owa pozycja przestała być wygodną, jeśli kiedykolwiek taką była.
-Wszystko, co panicz rozkaże, sir. Ale czy to nie jest mugolskie miasteczko?- odrzekła zaniepokojona. Skrzatom nie było wolno pokazywać się mugolom.
-Owszem Mrużko, jednak…
-Jednak mojego braciszka nie interesuje żadne prawo. Powiem więcej, na złość ojcu złamałby każdą regułę… osobiście.
Brooke pojawiła się znikąd dźwigając sześć tomów bardzo ciężkich książek, które Barty zakwalifikował do mugolskich śmieci. Siostra rzuciła literaturę na stół, co zaowocowało dość głośnym ‘bum’.
-Ale zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie powstrzyma.- skomentował Barty szczerząc do Brooke białe ząbki. Dziewczyna pomierzwiła blond czuprynę brata w geście potwierdzenia i przysiadła przy pierwszym tomie.
-Co to?- spytał Barty schodząc z fotela i nachylając się nad siostrą. Nigdy nie ukrywał ciekawości.
-Roczniki. Chcę się z nich dowiedzieć trochę o powstaniu tego domu i o tym co takiego się zdarzyło, że po pięciu latach mieszkańcy…- Brooke zrobiła dłuższą pauzę. Co właściwie stało się z mieszkańcami? Wyjechali, uciekli, zniknęli, zostali zamordowani? Tego też chciała się dowiedzieć.- rozpłynęli się w powietrzu. Pomożesz?
-Nie, dzięki. Mugolskiego nie tykam.
komentarze [13]